Fot.: Barbara

Anatomia miłości

Wszyscy marzą o wielkiej miłości. Ale czy wszyscy wiedzą, co się na nią składa? Nie do końca wydaje się o tym wiedzieć główna bohaterka filmu Anatomia miłości w reżyserii Romana Załuskiego. Ewa (Barbara Brylska), realizująca się artystka z Wrocławia, poznaje na wernisażu Adama (Jan Nowicki), inżyniera budowlanego. Relacja, jaka nawiązuje się między nimi, wskazuje na przelotny romans, jednak wkrótce tych dwoje pragnie od siebie czegoś więcej. Adam szybko zauważa, że Ewa nie jest zwyczajną kobietą i żeby sprostać jej wymogom, musi się zdobyć na wiele wyrzeczeń. Co więcej, nieprzewidziane zachowania Ewy prowadzą do tego, że ich relacja stanowi mieszaninę powrotów i odejść, nad którymi jako odbiorca można stracić w końcu rachubę.
Czemu nie można zaprzeczyć to fakt, że zarówno Adam, jak i Ewa tworzą miejskie piękno nie tylko poprzez sztukę, ale przede wszystkim – miłość. To miasto stanowi przestrzeń, w której paralelnie do słyszalnych dla widza i w zadziwiający sposób uzupełniających się myśli bohaterów, toczą się ich miłosne rozterki. Miasto według Załuskiego to jednak nie tylko neony sklepów w czasie pochmurnych wieczorów, ale i wnętrza kościoła, w którym toczą się rozmowy Ewy z księdzem o związku miłości i cierpienia, tor wyścigów konnych we Wrocławiu-Partynicach, czy też możliwość weekendowych wypadów do pobliskich Sudetów. Tworzy więc niewątpliwie jeden z ciekawszych filmowych portretów miasta w powojennym kinie polskim.
Niestety, ale pod względem kreacji bohaterów i rozwinięciem tematów, obraz ten dosyć kuleje. O ile postać Ewy wydaje się nam dosyć klarowna – mamy do czynienia z kobietą-artystką, która po długoletnim, nieszczęśliwym małżeństwie, ma całkowicie wypaczony obraz miłości – to postać Adama nie wydaje się już tak zrozumiała. Dotyczy to przede wszystkim jego niespodziewanych wybuchów agresji, które mocno kontrastują z jego opanowaniem, zarówno kiedy Ewa zmusza go do opuszczenia imprezy, czy kiedy wraca za późno do domu. Brak jest, jak w przypadku hegemonicznej matki Ewy, postaci która by tłumaczyła jego wnętrze. Ostateczne zejście się obu postaci wydaje się więc bardziej groteskowe, aniżeli autentyczne.
Reżyser nie uwypuklił niemal w ogóle tematów, które wydawały się kluczowe dla tego filmu: religii i natury. Nie bez kozery też nazwał swoich bohaterów od imion pierwszych ludzi. Można tylko domniemać, że w pierwotnej wersji obrazu temat ten był o wiele bardziej rozbudowany i być może został ocenzurowany z powodów politycznych. Rozmowa Ewy z księdzem wykracza bowiem poza czysto zmysłowy wymiar miłości – Bóg mówi każdemu wierzącemu jak i niewierzącemu, że nie wolno nam żyć i kochać w umartwieniu. Na przekór losu bohaterowie czynią zupełnie odwrotnie i nic nie wskazuje na to, żeby to się zmieniło. Natura zaś wydaje się odskocznią od miejskiego zgiełku, ale oprócz tego nie niesie ze sobą nic więcej.
„Anatomia miłości” to film ciekawy dla dzisiejszego pokolenia wrocławian. Pokazuje, że dwa, zupełnie odmienne od siebie, spojrzenia na miłość istniały już blisko czterdzieści lat temu. Romantyczna i zawłaszczająca miłość Ewy wydaje się być nie na czasie w obliczu zsensualizowanej miłości, jaką doświadcza Adam. Reżyser, chociaż sam unika moralizatorstwa, chce tym filmem uwrażliwić odbiorców na to, jak ważna w naszym życiu jest świadoma miłość. Mówią o tym słowa głównej bohaterki, która pyta, czy „można przeżyć całe życie i nawet nie przeczuwać, jak można być naprawdę szczęśliwy”. Jeżeli dostrzeżemy ironiczną klamrę kompozycyjną filmu, można byłoby stwierdzić, że jego bohaterowie tej wiedzy nie posiedli.

Film został pokazany i poddany dyskusji w pierwszym cyklu pokazów filmowych Kinematograf wrocławski organizowanym w Barbarze (22.08.2017 r. -12.12.2017 r.)

www.strefakultury.pl/barbara

Dodaj komentarz

Napisz swój komentarz poniżej lub dołącz do rozmowy na Twitterze @pakulaonline.