Osowa Sień

Osowa Sień to średniej wielkości wieś leśno-łanowa położona na granicy Dolnego Śląska i Wielkopolski. Do połowy XVII w. była w posiadaniu rodziny Ossowskich herbu Awstacz, po czym została sprzedana przez Andrzeja Ossowskiego rodzinie Żychlińskim herbu Szeliga. W 1739 r. doszło do przełomowego podziału miejscowości na majątek górny, środkowy i dolny.
Majątek Osowa Sień Górna był dziedziczony w okresie późniejszym głównie po linii żeńskiej, między innymi przez żonę Jana Baltazara von Schlichtinga, którego daleki krewny założył pobliską miejscowość Szlichtyngowa. Ostatnią znaczącą dla historii majątku kobietą była żona Eugeniusza Fryderyka Henryka von Seherr-Thoß – Anna Julia Teresa von Brandenstein.
Na jej życzenie Eugeniusz Fryderyk Henryk von Seherr-Thoß dokonał rozbiórki dawnego dworku, aby na przełomie wieków wznieść gmach eklektycznego pałacu. Po jego śmierci małżonka oddała majątek w piętnastoletnią dzierżawę, a następnie przepisała go na swojego wnuka Lotara von Brandenstein, który mieszkał tutaj z rodziną do 24.01.1945 r.
W latach 1939-1941 pałac funkcjonował jako kryjówka grupy ruchu oporu skupionej wokół Karola Fryderyka Goerdelera współdziałającego przy zamachu na Hitlera. Po wojnie został przejęty przez Państwowe Gospodarstwo Rolne. 31.12.1995 r. stał się filią Szkoły Podstawowej w Osowej Sieni. W 2007 r. został wystawiony na sprzedaż. W drodze przetargu zakupiło go polsko-duńskie małżeństwo, które zaadaptowało go na hotel butikowy.
Jedna z czterech córek Lotara von Brandenstein, Jolanta von Brandenstein, mieszkała po ewakuacji rodziny m. in. w pałacu swojego kuzyna Aleksandra von Brandenstein-Zeppelin i dopiero pod koniec lat 60. zaczęła pracować jako pisarka pod pseudonimem Leonie Ossowski. Jej twórczość stanowią m. in. fikcjonalne utwory, zainspirowane historią jej rodziny na polsko-niemieckim pograniczu, jak i powrotami do Polski w latach 70., 80. i 90. XX w.
Zespół pałacowy składa się z rządówki, budynków gospodarczych, stodół, stajni, gorzelni oraz szczątków rodzinnych mauzoleów na nieistniejącym już cmentarzu. Drzwi wejściowe pałacu od strony północnej są zdobione po lewej i po prawej stronie monogramami, a na samej górze herbami rodzin fundatorów. Po stronie południowej pałacu znajduje się zabytkowy park w stylu angielskim. Na jego powierzchni rosną m. in. platany, lipy, dęby, kasztany, klony i magnolie.
Rzut gmachu pałacu składa się z centralnie położonego czworoboku z prostopadłymi przybudówkami po stronie zachodniej i wschodniej. Poszczególne elementy budowli są przykryte dachami o zmiennych wysokościach i kształtach. Nad budowlą wznosi się pięciokondygnacyjna wieża zwieńczona strzelistym hełmem oraz małymi wieżyczkami w narożnikach. Do zachowanych elementów architektonicznych należą dekoracje sztukatorskie i ceramiczna posadzka.
W latach 30. XX w. zredukowano ilość elementów fasady do minimum i pomalowano ją na kremowo. Po 1945 r. pałac był regularnie plądrowany przez szabrowników, uszkodzeniu uległa stolarka podłogowa i okienna, rozebrano również ogród zimowy i dwa tarasy. W 1995 r. przebudowano wszystkie pokoje na małe klasy. Dopiero w wyniku adaptacji na hotel w roku 2007, przywrócono historyczny układ pałacu zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.
Pokoje gościnne nawiązują zarówno nazwą, jak i wystrojem do tytułów utworów Leonie Ossowski: Są to apartamenty Stern ohne Himmel (Gwiazda bez nieba), Weichselkirschen (Wiśnie), Blumen für Magritte (Kwiaty dla Magritte’a), Neben der Zärtlichkeit (Obok delikatności), Wolfsbeeren (Wilcze jagody), Das Zinnparadies (Cynowy raj), Holunderzeit (Pora czarnego bzu), Das Dienerzimmer (Służbówka).

Literatura: Anon, Geschichte des Dorfes Röhrsdorf. [w:] „Das Fraustädter Ländchen“, nr 1. Dortmund 1960. s. 3-4. W. Dworzaczek, Schlichtingowie w Polsce. Szkic genealogiczno-historyczny. Warszawa 1938? s. 168. [http://www.wbc.poznan.pl/publication/53224], A. Pufendorf, von. Die Plancks. Eine Familie zwischen Patriotismus und Widerstand. Berlin 2007. s. 375. J. Saniuk, Pałac Osowa Sień Górna, [w:] B. Bielinis-Kopeć, Zamki, dwory i pałace województwa lubuskiego. Zielona Góra 2008, s. 222-224; Korespondencja z L. Ossowski z 11.11.2017 r oraz z A. Złoczewskim z 7.10.2017 r.

Kampania przeciw…

Trzeba przyznać, że społeczność osób identyfikująca się z tożsamością inną niż heteroseksualna, ma pewny problem z publicznym wyrażaniem swoich poglądów. W moim mniemaniu tworzy coraz to nowsze koncepty tożsamości, i coraz to nowsze symbole dumy, co prowadzi do coraz bardziej zamazanego obrazu tej grupy. Nie wiadomo na końcu, z czego jest tak naprawdę dumna – czy aby na pewno tylko ze swojej emancypacji? Szczególnie stowarzyszenia, które niejako reprezentują takie grupy, powinny mieć na uwadze, żeby wysyłać do społeczeństwa czytelne komunikaty, aby w ten sposób pomóc im w mozolnej drodze do równouprawnienia. Problem zaostrza się wtedy, gdy dochodzi do tego stawianie się w roli ofiary, sugerujące że grupa osób nieheteroseksualnych jest grupą jako tako słabą. Ta tendencja jest szczególnie widoczna w naszym kraju. Kampania Przeciw Homofobii z siedzibą w Warszawie to stowarzyszenie, które jak sama nazwa wskazuje, nie działa jedynie na rzecz osób nieheteroseksualnych (czyli homo-, trans- oraz biseksualnych), ale głównie przeciwko osobom, które są do tych osób nastawione wrogo. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ta wzajemna wrogość jest budowana pośrednio przez samą organizację w ogólnodostępnych materiałach. Na stronie stowarzyszenia opisuje się kolejne homofobiczne ataki na osoby nieheteroseksualne, a żeby sprawom stało się zadość, opisuje się akty wyroków śmierci na takich osobach na Bliskim Wschodzie, w którym panuje zupełnie inna obyczajowość. Tym samym nie trudno się domyślić, że osoba nieheteroseksualna, która dopiero odkrywa swoją tożsamość będzie zamiast dzielić się z nią ze światem, ukrywać jeszcze bardziej. Ta patowa sytuacja będzie jednak rodzić kolejne konflikty, gdyż sam problem tworzą takie właśnie media, a przykłady agresji wobec osób nieheteroseksualnych rodzą się właśnie z nieuzasadnionego strachu osób nieheteroseksualnych przed osobami, które do tej społeczności nie należą. Powiedzmy sobie szczerze, przeciętny Polak czy Polka pilnują swojego nosa, a to nie bycie w związku z osobą tej samej płci wzbudza wrogość, ile odczuwalne poczucie dyskomfortu spowodowane strachem przed stygmatyzacją. Stowarzyszenie czerpie podobnie jak społeczności osób nieheteroseksualnych za granicą z moim zdaniem nielogicznych symboli jak flaga w kolorach tęczy, czyniąc z wąskiej grupy społecznej grupę narodową, tyle że w tym przypadku w wersji spolszczonej i sugerującej ponadto, że Polska jest narodem pod tęczową flagą. Nie oszukujmy się, Polska nie była i nie jest takim krajem, podobnie jak inne środkowoeuropejskie kraje. Podsumowując, stowarzyszenie powinno gruntownie zmienić swoje założenia, aby zamiast informować o kolejnych atakach na swoje biuro, informować jak najwięcej o osobach nieheteroseksualnych. Zarówno dla samych osób, które odkrywają swoją tożsamość, jak i dla ich otoczenia: przyjaciół, znajomych, pracodawców. Coś musi nie grać, jeżeli z kilkunastu oddziałów stowarzyszenia, wszystkie zostały zamknięte. Należy postawić na otwarty dialog pomiędzy społecznością osób nieheteroseksualnych, a społecznością do tej grupy nienależącą. Ile razy można przeczytać opinie na temat, że to nie sama grupa i przejawy jej tożsamości seksualnej budzą strach, lecz właśnie ta powiedzmy sobie szczerze nachalna, upierdliwa wręcz retoryka, która zamiast edukować o specyfice tej grupy, zmusza do jej akceptacji, łamiąc zasady demokratyczne. I trudno się nie zgodzić, dla większości społeczeństwa specyfika tej grupy już zawsze będzie budziła jeżeli nie zniesmaczenie – bo o nim często w opiniach na temat męskiego homoseksualizmu mowa – ile zaciekawienie. I do tego zaciekawienia społeczeństwa osoby nieheteroseksualne powinny moim zdaniem przywyknąć, o ile zależy im na pokojowej koegzystencji. Podtrzymując wcześniejsze uwagi, jestem zdania że tak agresywne próby narzucenia innym swojej ideologii zawsze będą spełzać na niczym.

W 2017 r. Niemcy zostały 14 krajem w Europie legalizującym związki małżeńskie osób tej samej płci.

Ptaszyca

Sączyłem szampana z głową nad szyberdachem i krzyczałem szalone słowa. Dopiero później Marek stanął, żeby odebrać klientkę. To pani z firmy X. Miała drobną sylwetkę, jasne blond włosy i seksowne czerwone usta. I zakochałem się w niej, kiedy tylko powiedziała: – Czy mogłabym zapłacić kodem?

– Tak Marku? – Edyta znów tonie w rozmowie z jednym z kierowców. Można byłoby ją wyciągać z biura wołami, a nie odłożyłaby słuchawki. Nie czekam dłużej, żeby się z nią pożegnać, tylko pozdrawiam Elwirę i wychodzę na zewnątrz. Po dwunastu godzinach pracy nie mam na nic więcej ochoty, jak tylko rzucić się w pierzynę i zasnąć. Dzwoni do mnie około jedenastej. – Potrzebujemy cię. – Szybko biorę prysznic, myję włosy swoim ulubionym szamponem z pokrzywy, wycieram się ręcznikiem i już jestem prawie gotowy, żeby wyjść z mieszkania. W pracy niewiele muszę czekać, żeby podczas pracy Edyta wybuchnęła złością. – 25 min. przypomnienia? O my fucking God! Jej włosy mogą się wtedy najeżyć, skóra stać się niemal buraczana, a głos zmienić w głos egzotycznego ptaka, który chce odstraszyć swojego wroga. Czuję, że jeśli nie wyjdę złapać świeżego powietrza, zemdleję ze strachu. Znajdujemy samochód, który na czas zawiezie klienta na spotkanie, jednak wciąż mam w głowie te same słowa. Pan Artur komentuje właśnie ostatnie wydarzenia polityczne, pani Elwira stara się ogarnąć wszystkie faktury, a kierowcy przychodzą, żeby poskarżyć się na nas, dyżurne. Dyżurną jest Edyta, ale dyżurną muszę być i ja, chociaż wydaje mi się że jestem chłopakiem. – Czy wysłałeś tam auto? Mam wrażenie że, zaraz wyskoczę przez otwarte okno, byleby nie usłyszeć po raz kolejny tego samego pisku. Tym razem nie ma auta zastępczego. Monitor z mapą Wrocławia mówi sam za siebie, wszyscy są dojazdem do klienta – nie kursem z klientem. Oznacza to, że w godzinach szczytu, klient nie będzie czekał ani pięć, ani dziesięć, ani też piętnaście minut na kolejne auto. Nie wiem, co robić. W mojej głowie rodzą się najgorsze scenariusze. Edyta bierze telefon do ręki, odłącza go do prądu i napina spiralę kabla. Wiem na co ma ochotę. Kiedy rzuca się na moją szyję, wypadam z dyżurki i zmierzam w kierunku drzwi. Pani Elwira chwyta się za głowę i dzwoni na policję. Wychodzę na nędzne podwórko i chowam się w kontenerze na śmieci. Jest całkiem pusty, więc ukrywam się w rogu. Nie mogę uwierzyć własnym oczom, ale obok widzę skuloną i przelęknioną Elwirę. Jest zdruzgotana. Próbuję ją pocieszyć, powiedzieć że zaraz kończy pracę, ale coś przerywa moje słowa. Wychylam głowę, aby zobaczyć czy Edyta wróciła na dyżurkę. Nic z tego. Przed sobą widzę warczące auto, a za jego szybą Edytę, która ze złości szczerzy zęby. – Czy już po wszystkim? Nie mogę okłamać Elwiry, ale robię to mimo woli. Być może to ostatnie moje, nasze minuty życia, ale jestem wdzięczny za to, że mogłem zawieźć jeżeli nie wszystkich, to może większość klientów tego pięknego miasta.
Edyta odbiera telefon. To musi być Marek. Na telefon obok dzwoni już chyba dwudziestu klientów, ale Edyta stanowczo zakazuje mi odbierać. Nigdy się nie zastanawiałem, o czym rozmawiają. Czasami jest tak, że Edyta zawiesza wzrok na mapie i po prostu słucha. Nie widziałem Marka, ale myślę że Edyta też go nigdy nie widziała. Słyszała jego głos. To wystarczające. Musiał być odpowiednio niski, z tonem opadającym przy każdym zdaniu, i na pewno przeponowy, gdyż każdy śmiertelnik już dawno by ochrypł przy tak długich rozmowach. Edyta każe mi iść do domu. Nie pytam dlaczego, po prostu idę. Auta na mapie zwalniają się, wszystkie mają status wolny, więc mogę odetchnąć z ulgą. Pani Elwira daje mi na pocieszenie czekoladkę. Zawijam ją w sreberko i udaję się na ławkę pod biurem. Stąd mogę dokładnie obserwować dyżurkę. Odwijam sreberko i biorę jeden kęs do ust. Mija już trzydziesty telefon, ale Edyta nie odłożyła jeszcze słuchawki. Nagle widzę drgnięcie jej powiek. Usta jakby zamierają, a słuchawka powoli wraca na swoje miejsce. Coś musiało się stać. Edyta zazwyczaj szybko odkłada słuchawkę i wraca do swojej pracy. W jej oczach widzę łzę, potem jeszcze jedną a potem kilkadziesiąt łez.  
Przejdź dalej

Rzemiosło na żądanie

Polski system edukacji wcale nie sprzyja rozwojowi środowiska rzemieślniczego. Większość młodych ludzi zamiast wybrać naukę w szkole zawodowej, decyduje się na zdanie egzaminu dojrzałości, który stanowi przepustkę do wymarzonej uczelni. Taki stan rzeczy znajduje swoje odzwierciedlenie w mediach. To nie zawody rzemieślnicze są widoczne w filmach czy serialach, lecz zawody ściśle uniwersyteckie, które kojarzą się z wysokim statusem społecznym. Na domiar tego to właśnie przedstawiciele tych zawodów wykorzystują swoją wiedzę i doświadczenie jako współtwórcy takich produkcji.
Uczestniczki i uczestnicy panelu dyskusyjnego pod tytułem Arbeitswelten in Film und Fernsehen, dyskutowali nad tym, czy rozwój telewizji na żądanie może przyczynić się do uwidocznienia zawodów rzemieślniczych w mediach, a jeżeli tak to jakie szanse i zagrożenia są tym związane. Wydarzenie cieszyło się bardzo dużym zainteresowaniem, gdyż w niemieckim domu rzemiosła pojawiło się aż dwustu słuchaczy chcących poznać potencjał tego tematu, w tym także osoby nominowane do nagrody w konkursie scenariuszowym na najlepszy pomysł na film związany z rzemieślnictwem.
Moderator panelu dyskusyjnego stwierdził, że wejście rzemieślników do seriali telewizyjnych niesie ze sobą ryzyko powstawania scenariuszy pozbawionych silnego ładunku emocjonalnego, do jakiego widzowie byli niejako przyzwyczajeni. Wysunął więc propozycję stworzenia postaci rzemieślnika-antybohatera. Przykłady tego zabiegu pojawiły się już w filmach poprzedniego dziesięciolecia, kiedy to fotograf stawał się oprawcą o psychopatycznej osobowości, natomiast jego klienci niczego nieświadomymi ofiarami. Zawody rzemieślnicze dają zaś niekończące się źródło inspiracji dla takiego rozwiązania. Nie wspominając o zawodach takich jak krawiec, szewc, czy kowal.
Uczestnicy panelu poszli w związku z tym o krok dalej, koncentrując się na zawodach reprezentowanych jeszcze w telewizji lat dziewięćdziesiątych. W przypadku seriali medycznych czy prawniczych widzowie mieli do czynienia z zawodami opartymi na pewnego rodzaju władzy, która z kolei rodziła obiecujące, bogate w konflikty scenariusze. Zawody rzemieślnicze wiążą się natomiast w wielu przypadkach z pracą w osamotnieniu, która niejako z góry wyklucza zaistnienie konfliktów z otoczeniem. Wspominany wyżej konkurs scenariuszowy miał na celu znaleźć przeciwwagę dla takiego stanu rzeczy w postaci konfrontacji przeciętnego rzemieślnika oraz jego najbliższego otoczenia ze światem zdygitalizowanym.
Do konkursu wpłynęło równo 35 pomysłów, spośród których jury nagrodziło 4. Grupami rzemieślniczymi reprezentowanymi w tych pracach byli: inżynier-mechanik (miejsce 1, dotowane nagrodą w wys. 2,5 tys. euro), dekarz, stolarz, elektryk, stylista i florysta (miejsce 2, dotowane nagrodą w wys. 1,5 tys. euro), oraz kolejno piekarz i rymarz (miejsce 3 ex aequo, dotowane nagrodą w wys. 1 tys. euro). Według informacji organizatora nie wiadomo, który z pomysłów ma szansę na realizację. Co najciekawsze, jeden z konceptów był inspirowany prawdziwym zdarzeniem. Mowa dokładnie o francuskim piekarzu, który ofiarował swoją piekarnię bezdomnemu mężczyźnie w zamian za uratowanie życia.
Podsumowując, ze względu na zanikanie niektórych zawodów rzemieślniczych, a w dzisiejszych czasach również na zastąpienie ich innymi, zorientowanymi na produkcję wytworów cenowo bardziej przystępnych, jednak znacznie gorszej jakości, producenci telewizyjni powinni rozważyć uwzględnienie świata rzemieślniczego w swoich projektach. Zwłaszcza dla dorastającej młodzieży, dla której to właśnie telewizja na żądanie stanowi dzisiaj wielkie źródło inspiracji. Być może wtedy doczekamy się czasów, gdy również zawody rzemieślnicze będą się cieszyć takim samym uznaniem społecznym.

Literatura: Z. Lewandowska, Narracyjna złożoność współczesnego serialu telewizyjnego […], „Images”, Poznań 2015, nr 25, s. 43-44; Panel dyskusyjny pt. Arbeitswelten in Film und Fernsehen, moderator: U. Höcherl; uczestnicy: P. Rampelt, prof. P. Henning, dr M. Esch, mgr inż. F. X. Peteranderl. Berlin, 13.02.2017 r.; Rozmowa telefoniczna z J. Kosakowską, dyrektor Zespołu Oświaty Zawodowej Związku Rzemiosła Polskiego z 14.06.2017 r.; Handwerkskunst! [https://swrmediathek.de/content/handwerkskunst.htm].

Dom gdzie indziej

Polacy zostali tak mocno ograbieni przez Sowietów. […] Wykarczowali ich lasy, zabrali im zwierzęta, drogocenne meble, które Polacy mogli sprzedać za niemałe pieniądze. A co zrobili Rosjanie? Zapakowali to wszystko do wagonów i wywieźli do ZSRR. Polacy zostali ograbieni najpierw przez Niemców, a potem przez Sowietów. W efekcie nie zostało im nic.

Gdybym nie wiedział, że znajduję się w domu spokojnej starości, pomyślałbym, że to mieszkanie w luksusowej kamienicy. Nad kanapą rozciąga się wielki obraz z parą psów myśliwskich – nad stolikiem kolejny, tym razem z ogromną lipą. Na barokowym biurku stoi mnóstwo zdjęć rodzinnych z wizerunkami dzieci – na parapecie czarno-białe fotografie rodziców. Przez otwarte okna słychać odgłosy z placu zabaw. Autorka musiała właśnie czytać książkę, ponieważ ekran jej iPada nie przeszedł jeszcze w stan uśpienia. „Lubię cięte kwiaty”, mówi, każe mi usiąść i wkłada przyniesione piwonie do wody. Z aksamitną apaszką wokół szyi i złotymi kolczykami zupełnie nie sprawia wrażenia starszej kobiety. Pomimo postanowienia, że nie będzie utrzymywać kontaktu z mediami, wyraziła gotowość udzielenia wywiadu. Leonie Ossowski, dawna właścicielka majątku ziemskiego na Dolnym Śląsku i długoletnia berlinianka, opowiada dla czasopisma „Silesia Nova” o tym, jak można definiować się poprzez swój dom i jak ona sama zdefiniowała się przez swoją twórczość.

ŁP: Słowo „dom” nagminnie pojawia się w Pani powieściach. Począwszy od przesiedlonych na zachód Polakach z opowiadania Der Löwe im Zinnparadies, po tzw. późnych przesiedleńcach z powieści Holunderzeit, którzy dobrowolnie wyemigrowali do Republiki Federalnej Niemiec, a skończywszy na ludziach starszych z powieści Die schöne Gegenwart, którzy nierzadko trafiają do domów starców. Główne postacie tych trzech tekstów znajdują swój dom w innym miejscu. Czy uważa Pani, że można mieć tylko jeden dom? Z czym kojarzy Pani słowo „dom”?

LO: Kiedy słyszę to słowo, kojarzę z nim swoje aktualne miejsce zamieszkania. Kiedy jednak myślę o swoim starym domu w Polsce, kojarzę z nim zwierzęta i przyrodę. W najmniejszym stopniu z ludźmi. Największą część swojego dzieciństwa i młodości spędziłam z końmi – w przeciwieństwie do moich sióstr, które zwykły bawić się w parku lub w domu lalkami bądź pogrywały na pianinie. Jeździłam konno już od swojego piątego roku życia. Zimą konie ciągnęły mnie na nartach. Nie można było tylko upaść. Światło było o tej porze roku przecudowne. Czy można mieć więcej niż jeden dom? Oczywiście, że tak. W swoim życiu miałam kilka domów. Piękny dom w Mannheimie, przepiękny dom w Górnej Szwabii w Mittel-Biberach i równie piękny dom w Berlinie. Wszystko zależy od tego, jak się urządzisz i przede wszystkim, jakie masz swoje wewnętrzne nastawienie. Kiedy przez cały czas poruszasz się w przeszłości, nie ma w tym niczego pozytywnego. Należy raczej cały czas myśleć naprzód.

ŁP: …dopóki człowiek nie rozprawi się ze swoją przeszłością, dokładnie jak w Pani opowiadaniu Das Zinnparadies, którego tematem jest wypędzenie Polaków ze Związku Radzieckiego. Około dwa miliony Polaków musiało opuścić swoje dawne rodzinne strony, aby zapuścić korzenie na Zachodzie. Nawet jeżeli warunki na wsi, nierzadko w ubogich gospodarstwach bez kanalizacji, były często dużo lepsze niż w zniszczonych miastach, w których brakowało wody pitnej, gazu świetlnego i elektryczności, nie mówiąc już o mieszkaniach, to zarówno mieszkańcy wsi jak i miasta zmagali się z tym samym problemem. Poczucie niepewności przyczyniło się do zaniedbania i zniszczenia na wpół zrujnowanych kamienic. Jaka była Pani walka o egzystencję w Zachodnich Niemczech krótko po ucieczce? Mogłaby Pani opisać wydarzenie, które najbardziej zapadło Pani w pamięci?
Przejdź dalej