#Literatura

Mokro

Mokro

Powietrze jest suche i mroźne, takie jest najlepsze. Bez kałuż i bez mżawki. Moje nowe adidasy są nieziemskie. Nie są bardzo wygodne, ale nie przepuszczają ciepła. Jest bardzo ciemno, tym razem światło miasta nie rozświetla nieba – na ten przyjemny czerwonawy kolor. Drzewa zapraszają mnie między swoje nasadzenia. Czuję, że mamy między sobą szczególną więź. Że dzielą się ze mną swoją prawieczną energią. Mokra. Oszalałem, że jadę tutaj rowerem. Przypinam go do latarni i znikam w otchłani lasu. Tak bardzo znowu chciałbym kogoś, przeżywać świat z innymi. Ale odkąd wróciłem z Niemiec moje oderwanie od ludzi osiągnęło apogeum. Żyję dla własnej przyjemności, a bieganie po lesie nocą należy do jednej z nich. Olek powiedział, że jeśli nie chcę pokonywać długich dystansów na basenie, to muszę podciągnąć kondycję inaczej. A ja dobrze wiedziałem, że tak naprawdę nienawidzę biegać. Pamiętam lekcje wu-ef-u, kiedy mroźne powietrze tłoczyło płuca, a z ust musiała być wypluwana gęsta ślina. Ale ja naprawdę chciałem przeżyć coś nowego. Moje życie stanęło w miejscu, niby dążę do czegoś, rozwijam swoje projekty, ale nie czuję tego dreszczyku emocji. Czy ja kiedykolwiek go jeszcze przeżyję? Na przykład mój lot na Cypr, gdzie poznałem tak dużo osób, gdzie było tak nieopisanie gorąco…Gdybym miał taką możliwość, to zamieszkałbym tam na stałe, zwłaszcza w jego wschodniej części, którą poznałem dziewięć lat temu. Dlatego pomysł, żeby biegać. W Mokrej nie ma żadnych sklepów, dlatego coś do jedzenia i picia spakowałem do swojego workowego plecaka. Od razu włączyłem apkę do biegania i ruszyłem. Po stawie z żabami nie było ani śladu, dobrze przyjrzałem się temu miejscu – światło mojej latarki pokazało jedynie zarośnięte miejsce i kawałek opony. Ulica Mojęcicka była taka sama jak zawsze, nadal brakowało na niej nowych domów, nadal tylko ta sama polana bez czegokolwiek. Zacząłem od biegania interwałowego, czyli takiego jak zawsze. Potem zawsze była kolej na luźny trucht. Po przejściu do zwykłego chodu nastąpiło coś dziwnego. Zamiast skupić się na uspokojeniu oddechu, podążałem za światłem mojej nagłownej latarki. Nie widziałem jednak krzaków i liści, tylko różne osoby z mojego życia. One raczej nie były w mojej głowie, tak jak zawsze to bywa, ale raczej obserwowały mnie podczas mojego nocnego biegu. Werka – rozciągała się na powalonym drzewie – marzyła żeby pojechać do Berlina, widocznie męczyła się w Polsce tak jak ja teraz, ale potem pewnie wszystko zostało przekreślone przez Koniec świata, bo dokładnie ostatni raz widzieliśmy się dwa lata temu w lutym. Była bardzo pewna siebie i energiczna. Napisałem do niej sms-a z pytaniem, co u niej słychać, dosyć późno bo chyba rok po, ale nigdy na niego nie odpisała. Mam nadzieję, że jest teraz szczęśliwa, choć nie wiadomo, co się w niej do końca kryje. Mam wrażenie, że spisywała mój plan treningowy i liczyła przebiegnięte kilometry, chociaż wszystko miałem na apce. Jej top i leginsy były nieskazitelne, jak zawsze, a blond włosy w nienagannym stanie. Potem Jurek – nauczyciel wu-ef-u, który nigdy mnie nie uczył, ale kiedyś zapytał mnie na przerwie, czemu nie przebywam z innymi chłopakami. Od tego czasu nic się nie zmieniło, a kiedy teraz chodzę na przypominające treningi pływackie na Ołbinie, czekam zwykle paręnaście minut aż męska część klientów zakończy głośne debaty w szatni. Zainteresował się mną, jak nie zainteresował nigdy żaden nauczyciel tego przedmiotu. Ten problem był najczęściej niewidoczny, nie zastanawiano się, że przez to że robiono mi piekło na ziemi, zraziłem się do wu-ef-u na zawsze. Dochodził do tego fakt, że w moim domu nikt nie przykładał wagi do aktywności fizycznej. Po prostu tak było i już. Jurek machnął ręką za krzakami i chciał użyć swojego gwizdka. I w końcu nadszedł – pot na czole. To tak naprawdę jedyna satysfakcja z tego całego biegania. Coś się zmienia na Twoim ciele i wiesz że długofalowo przyniesie ci to wymierne korzyści – zrzucenie wagi, jędrniejszą skórę, umięśnioną sylwetkę, czy poprawę pracy twojego serca. I w tej chwili nie ma znaczenia, na jakim etapie swojego rozwoju jesteś. Działasz i ma to sens samo w sobie. To nie do wiary, że teraz biegnę po ciemnym wrocławskim lesie, a jeszcze trzynaście lat temu nie chciało mi się wyjść rano z łóżka, żeby pobiegać razem z Eweliną. Ona kochała biegać, a ja tego nie cierpiałem. I nie wiem, czy zmiana czasu z porannego na wieczorny miałaby jakiekolwiek znaczenie. Z czasem, nie ważne czy przez pływanie czy bieganie, zauważyłem że zarówno przy jednym, jak i drugim zmieniały się inne części mojego ciała. Stawałem się całkiem inny. Nie byłem już wątły i nijaki. Wiedziałem, że obie czynności uzupełniają się i dzięki tej drugiej każda będzie wykonywana z coraz większą łatwością. Odkryłem w sobie siłę i piękno. Odkryłem, że podobnie na poziomie materialnym, każda rzecz staje się taka, jaką chcemy, żeby była, tylko i wyłącznie na przestrzeni czasu. To nasze ego chce, żebyśmy natychmiast byli tacy czy inni. Ale jak słusznie mówią książki rozwoju duchowego, ego zawsze będzie chciało coraz więcej, przez co my zawsze będziemy niezadowoleni. Pamiętaj, jeżeli czytasz ten tekst, to prawdopodobnie odbierasz świat wszystkimi zmysłami i to samo w sobie jest wyjątkowe. Nie powinieneś zaprzepaszczać tej możliwości myślami, że jesteś zupełnie do niczego. Być może dlatego tak lubię rośliny i zwierzęta. Nie sądzę, żeby one siebie nienawidziły. Powoli zwalniam bieg i przechodzę do truchtu. To moje i twoje pięć minut.

Spodobało Ci się moje opowiadanie? Napisz swój ciąg dalszy w komentarzu! Jak będzie wyglądać Twoje pięć minut? Pamiętaj o limicie znaków 5 000 oraz o tym, żeby publikować oryginalne prace!

Featured Photo by Yuri Krupenin on Unsplash

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz, akceptujesz politykę prywatności.