Kamienica Kronheimów

Kamienica na rogu Rynku (Markt 40) i ul. Parafialnej (Poststraße 1a) została wzniesiona w latach 80. XIX w. w stylu neorenesansowym w Głogowie. Był to budynek czterokondygnacyjny, o dziewięcioosiowej fasadzie, nakryty płaskim dachem o silnie wysuniętych połaciach, zwieńczony ażurową attyką. Na uwagę zasługiwała lukarna w środkowej osi fasady, dekorowana pilastrami i łukowym gzymsem. Na jej zwieńczeniu widniał element architektoniczny z ozdobną literą „K”.
W parterze kamienicy znajdował się sklep „Valentin Kronheim”. Był to, obok domów towarowych „Ludwig Haurwitz” przy ul. Grodzkiej (Preußische Straße) i „David Scheier” (późniejszy Kaufhof AG) przy ul. Słodowej (Mälzstraße), jeden z największych sklepów odzieżowych w Głogowie. Założył go w 1855 r. żydowski kupiec ze Wschowy, Valentin Kronheim (1833-1904). Po śmierci ojca jego dorobek odziedziczył syn, Max Kronheim (1865-1943). Starszemu synowi Wilhelmowi przypadła rodzinna fabryka kapeluszy w Dreźnie na Seidnitzer Straße.
W 1935 r. majątek Maxa Kronheima został skonfiskowany przez Rzeszę i wystawiony na licytację. W czasie „nocy kryształowej”, 9 listopada 1938 r., mieszkanie rodziny na drugim piętrze kamienicy podzieliło los większości żydowskich nieruchomości. Pokoje zostały splądrowane, cenne meble i obrazy zdewastowane. W 1941 r. przekształcono je w getto, którego mieszkańców zmuszano do niewolniczej pracy; młodszych przy montowaniu kadłubów łodzi podwodnych w stoczni Żarków, starszych przy produkcji tulejek dla fabryki papieru w Legnicy. W kwietniu 1943 r. Maxa Kronheima, jego szwagierkę Helene Scheier oraz innych członków rodziny deportowano przez Wrocław i obóz przejściowy Tormersdorf (Prędocice) do obozu koncentracyjnego w Terezinie (Theresienstadt). M. Kronheim zmarł 15.12.1943 r., H. Scheier – 31.12.1943 r. Dzieci Johna W. Friedmanna, ostatniego potomka rodziny, który wyemigrował w 1939 r. do Wielkiej Brytanii, mieszkają do dziś w Waszyngtonie, D.C.
Sklep oddano w dzierżawę niemieckim kupcom. Pierwszym najemcą był Erich Vogel, który przez rok prowadził pod tym adresem sklep obuwniczy o nazwie „Schuh-Vogel”. Jego następcą był Hugo Wesner (1910-1963), sprzedawca z Prus Wschodnich. Wygląd fasady nie uległ większym zmianom. Dotychczas istniejące szyldy z napisami „V. Kronheim inkl. M. Kronheim” przykryto po obu stronach budynku, na wysokości jednej trzeciej witryny sklepowej, szyldem z czerwonymi neonami „Wesner”. W narożu znajdował się owalny szyld semaforowy z wizerunkiem kobiety. W 1939 r. Hugo Wesner wstąpił do Wehrmachtu. Kierownictwo sklepu przejęła jego żona Katharina i prowadziła go do czasu ewakuacji mieszkańców w styczniu 1945 r. Na początku roku 1944 kamienica stała się własnością miasta. W lutym 1945 r. została uszkodzona w wyniku licznych podpaleń. Kamienicę rozebrano w latach 50. XX w. w ramach Państwowego Planu Inwestycyjnego.
Działań wojennych nie przetrwał również dom rodziny Wesner przy ul. Budowlanych (Lindenruher Straße 21). Rodzina Wesner po ewakuacji i osiedleniu się w Niemczech ponownie zajęła się handlem obuwiem we Frankfurcie nad Menem. Córka H. Wesnera, Margot Wesner, żyje w Niemczech w pobliżu Kilonii. W 2009 r. opublikowała opowiadanie Sehnsucht nach Vanille, w którym beletryzuje ucieczkę swojej rodziny z Głogowa.

Literatura: H.J. Gatzka, Markt Nr. 40. Jüdische Schicksale in Glogau, „Neuer Glogauer Anzeiger”, Hannover 1999, nr 10. s. 2-3; F.D. Lucas, M. Heitmann, Stadt des Glaubens. Geschichte und Kultur der Juden in Glogau, Hildesheim 1991, s. 322-379; Max Kronheim i Helene Scheier [http://www.holocaust.cz/en/victims]; J.B. Sadowski, Słownik życia gospodarczego Głogowa do 1945 r., Głogów 1995; Korespondencja z Margot Wesner z 29.05.2012 r. i 12.06.2012 r.; Opis architektoniczny: J. Mikołajczyk. Fot.: zbiory M. Wesner.

Hasło ukazało się w jednym z zeszytów Encyklopedii Ziemi Głogowskiej, wydawanej przez Towarzystwo Ziemi Głogowskiej z siedzibą w Głogowie (zeszyt 72, 2012).

Obiecaj

Alicja nie zamknęła tylnych drzwi, przez które nocą potajemnie wykrada się jej kot. Mogłaby zrobić wyjątek i po prostu machnąć na to ręką, ale nie mogłaby sobie tego wybaczyć. Edward jak zawsze leży na kanapie i oblizuje swoją futrzaną łapę. Jego pani zamyka drzwi, sprawdza pięć razy klamkę i wraca do samochodu. – Po co się wróciłaś? – Zapomniałam papierosów. – Papierosów? Alicja marszczy brwi. Właściwie nie musi się tłumaczyć ze swojego spóźnienia. Czasami wraca jeszcze po kawałek swojej ulubionej drożdżówki, którą wypieka co tydzień w kaflowym piecu. Albo sprawdza w gazecie, jaka będzie pogoda w następny weekend. Ale teraz jest inaczej. Alicja dobrze wie, że kobieta, z którą spotyka się od ponad pięciu lat i z którą dzieli raz w tygodniu łózko, chce wreszcie szczerych odpowiedzi, szczerych uśmiechów i szczerych wyznań miłości. Dzięki Bogu ma teraz wymówkę, że musi uważać na szkolne dzieci chodzące na poboczu. Włącza więc radio z przebojami z lat osiemdziesiątych i kieruje wzrok prosto przed siebie. Być może oprócz otwartych drzwi zapomniała o czymś jeszcze. O czymś, co nie pozwoli jej spokojnie prowadzić samochodu swojego męża. Kwadrans przed wyjściem z domu Alicja gotowała na palniku mleko. Zawsze przelewa je do swojego ulubionego kubka z łowickimi wzorami i miesza z tanim kakao. Czy aby na pewno wyłączyła palnik? Być może Edward nie może wyjść z płonącego mieszkania, bo tylne drzwi na taras, które mogły okazać się jego wyjściem ewakuacyjnym, są teraz zamknięte. Już nigdy nie będzie mogła zanurzyć swoich pomarszczonych dłoni w jego lśniącej sierści i nigdy nie będzie mogła nasypać mu jego karmy z reklamy w telewizji. Alicja czuje, że ręce, które powinny się trzymać mocno kierownicy, ślizgają się raz w górę, raz w dół. Chciałaby się teraz wznieść tym samochodem w powietrze, a potem polecieć w kosmos, gdzie zamieszkałaby na planecie, w której każdy jest prawdziwy. Ciekawe, jak nazywałaby się taka planeta. Czy na takiej planecie nie byłoby konfliktów, wojen i przemocy? A może już istnieje taka planeta, tylko jeszcze nikt się o niej nie dowiedział? – Obiecaj, że powiesz o nas córce. Grawitacja na planecie, w której jeszcze przed minutą prowadziła nowe, prawdziwe życie, przestaje działać. Znowu siedzi w starym używanym Oplu obok kobiety, która istniała i nie istniała zarazem w jej życiu. Alicja zwalnia samochód i włącza prawy kierunkowskaz. Zatrzymuje się przed starym dębem. Ma wrażenie, że musi zostać tutaj dopóty, dopóki po raz kolejny nie wypowie następnego kłamstwa. Tym razem coś ją od tego powstrzymuje. Może w końcu wzbierze się na odwagę, żeby żyć jak mieszkanka swojej nowej planety? Bez coniedzielnych spacerów do kościoła, bez coniedzielnych wizyt u teściów, a może też bez okropnie nudnej pracy w drukarni. Nigdy nie interesowały ją kobiety. Nie interesowały, dopóki nie poznała Sylwii. Alicja miała wtenczas poczucie, że widzi w niej własną siebie. Każdy jej uśmiech, i każdy jej śmiech oznaczały dużo więcej niż najszczodrobliwszy gest miłości. Wcześniej nigdy tego nie doznała. Myślała nawet, że wcale nie potrzebuje potwierdzenia swojej wartości. Życie jest po to, żeby zarabiać na rodzinę i jakoś przeżyć do końca miesiąca. Życie nie jest po to, żeby robić rzeczy, których poza tobą nie robi nikt inny. Często zadawała sobie pytanie, kim w ogóle jest, żeby robić rzeczy wbrew innym. Jest żoną urzędnika, matką szesnastoletniej córki, pracownicą drukarni. To mało, jak na pięćdziesiąt lat życia. A może w sam raz? Alicja nie zabrała jeszcze rąk z kierownicy. Cały czas trzyma je kurczowo tak jak wystraszone dziecko trzyma się matki, kiedy zobaczy potwora za falbaną firany. Zabiera ręce dopiero, kiedy przed samochodem pojawia się obcy mężczyzna. Nie, żadna z nich nie potrzebuje teraz pomocy. Niech wszystko zostanie po staremu. Niech życie żyje swoim życiem. Nie życiem żałosnej oszustki, która miała za mało odwagi, żeby żyć sobą. Mężczyzna zostawia kobiety i odjeżdża. Przynajmniej nie będzie miał wyrzutów sumienia, że się nie zatrzymał. Alicja odpala samochód i wraca na jezdnię. Dodaje tylko odrobinę więcej gazu niż zawsze i zmienia bieg na wyższy. Tym razem i ona źle zrozumiała znaczenie słowa odwaga. W końcu nie obiecała Sylwii, że dotrze z nią razem do celu.

Doskonałość

Nauczycielce doskonałości

I. Ogień

1

Słowa, które usłyszałem, objawiło mi Żyjące Światło: O, Niedoskonali! Nie mogę dłużej patrzeć na wasze utrapienia. Jak dobrze wiem, co to rozczarowanie światem. Ile razy doznałem upokorzenia ze strony możnowładców tego kraju. Ile razy musiałem udowadniać im jedną, jedyną Prawdę. Wiem, o czym myślicie, kiedy stajecie naprzeciw lustra i mówicie: „Jestem inna niż wszyscy”, „Jestem inny niż wszyscy”. Nie każdy ma odwagę, aby to powiedzieć. Ten akt to początek wszystkiego. Ten akt to Prawda.

2

Słuchając polifonii dzwonów, widzę oczami umysłu następujący obraz: Czuję na sobie nieskazitelne światło, które przenika wszystkie części mojego ciała. Elektryzuje moje stopy, łydki, uda, brzuch i głowę. Jak bardzo chciałbym zachować tę wyzwalającą pewność przez najbliższe dni, tygodnie, miesiące i lata swojego życia. Kiedy przebywam z innymi, tracę ją bezpowrotnie. Wydaje mi się, że muszę pójść po nią z powrotem. Tylko dzięki niej mogę prawdziwie żyć.

3

Szybko rzucam wzrok na fresk w południowej kopule. To Św. Łukasz Ewangelista. Jest owładnięty pisaniem swojej księgi. Światło dzienne wdziera się między moje oczy. Mijam ludzi stojących pod budką z currywurst i wsiadam do najbliższego metra. Droga powrotna dłuży się niemiłosiernie. Żyjące Światło pokazuje mi tym razem taki obraz: Z ciemności wyłania się twarz starej kobiety. Jest kanciasta i pełna bruzd. Jej bok rozjaśnia poświata ogniska. Stęka cicho z bólu i odwraca głowę.

II. Ziemia / III. Woda

4

Pociąg zanurza się w czarną otchłań. Ostre światła jarzeniówek przypominają co kilka sekund, że nie jestem zawieszony w próżni. Opieram się o ściankę działową i patrzę prosto przed siebie. Staram się rozbawić mężczyznę, który stoi naprzeciw mnie. Jego twarz jest strawiona od smutku. Spogląda na wchodzącego chłopaka i powoli odwraca do mnie głowę. Kiedy moje oczy mówią do niego “Proszę, Proszę cię, Uśmiechnij się”, widzę w nim samego siebie, on natomiast widzi tylko zastygłą masę pasażerów.

5

Po odkryciu jednej, jedynej Prawdy Żyjące Światło przedstawia mi kolejny obraz: Ludzie, których od początku darzyłem zaufaniem; wydarzenia, które latami szarpały moje serce; przekonania, które dziurawiły moich współbliźnich, raz na zawsze opuszczają moje życie. Wrzucam ich popioły do wody, po czym wplatam w swoją duszę wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa, szczęśliwej młodości i szczęśliwego wkraczania w dorosłość. „Jestem! Jestem! Jestem! Jak pięknie jest być”.

6

Prędzej, czy później powstaniecie. Ten czas to okres próby. Próby, żeby pokazać Nauczycielce, że macie odwagę zawalczyć o własnych siebie. Nie każdy człowiek otrzymuje od niej taką szansę. Musicie jej pokazać, że jesteście niepowtarzalni, że macie tak wiele nowego do pokazania światu. Zwłaszcza wy. Jutrzejszy dzień potraktujcie jako wyzwanie. Jako coś nowego. Wpuście odrobinę światła do swoich pokoi i zobaczcie, jak piękne są niebo i chmury. Zakosztujcie ich, bo są tego godne.
Przejdź dalej